„Utracić siebie” – cz. 3

Zrazu pewnego ranka obudziły mnie tajemnicze głosy. Dopadały z każdej możliwej strony. Nie chciałam ich słyszeć, jednak me pragnienie było dosłownie niczym wobec siły przebicia tychże głosów. Dziś już wiem, kim one są i po co przybyły.

Wystarczy bowiem mała chwila zwątpienia, aby w prawym uchu przemawiał do mnie głos „dobry”, mówiący po kolei, co mam robić, bym zwyciężyła w tej walce, ale żeby nie było tak prosto, natenczas, od razu, wcale nie proszony, z lewego ucha dopadają mnie głosy „złe”, które odciągają mnie od tego, co już miało się wypełnić, czyli to, co dobre.

088016a.jpg

Ostatnio popełniłam błąd tak straszliwy, że cenę tego, podejrzewam, płacić będę musiała po wszeczasy. Usłuchałam bowiem głosu lewego i natychmiast w tym momencie pojawiła się myśl: „zabij go, skrzywdź najmocniej, jak tylko dasz radę”. Dokonałam morderstwa. Na własnych oczach wypełniła się tak makabryczna wizja.

Nie, nie zabiłam go w rzeczywistości. Ale wystarczy, że pogrzebałam go w swych myślach. Że w ogóle dopuściłam myśl taką w swej podświadomości. Ciałem wciąż jest żywy, zaś duszą – dawno umarły. Dziś znów usłyszałam głosy, i to z obu stron. Przemówiły mi, że tylko ode mnie zależy, czy dusza ta ożyje na nowo. Nie da się cofnąć mordu, ale można przesunąć cudownie czas. Na me pytanie, jak, odpowiedzi już nie było.

Mówiąc o nim, mam na myśli jego, czyli męża swego. Męża, który nie dopełnił przysięgi, składanej mi wiele lat temu o dozgonnej, wiernej miłości. Ten, po którym mogłam się spodziewać naprawdę wielu rzeczy, ale nigdy czegoś tak kłującego w samo serce. Już nie chodzi o mnie. Boję się tylko o rodzinę. Nie mogę być jej głową – ja, sama. Nie mogę, bo przecież mnie nie ma. Dawno temu umarłam w sobie. To jeszcze przed tym, jak go zabiłam.

Utraciłam siebie.
„Prawy” głos powrócił na chwilę, sam, powiedział tylko tyle, że nigdy nie zaznam spokoju, dopóki siebie nie odzyskam. Jeśli nie odzyskam siebie, nie mogę też odzyskać jego. „Jak to zrobić?” – mój głos zadrżał w tym momencie. Oczywiście, odpowiedzi brak.
Ale ja już wiem, co mogę uczynić.

To jedyna rzecz, która mi przychodzi w tym momencie do głowy. Zabić w swych myślach ją – czyli tę, która odebrała mi rzecz najcenniejszą. Tę, dla której on był gotów porzucić swą świętość. Świętość, którym jest rodzina. Muszę ją zabić, bo może właśnie mając dwa grzechy tak silne na swym sumieniu, zaznam spokoju wiedząc, że nic więcej złego mi się przydarzyć nie może?
Marta Akuszewska

Authors
Top