Zasady tworzenia wywiadu – lekcja 1

Aby dostać się na swoją specjalizację dziennikarską, musiałam napisać tzw. autoprezentację, przedstawiającą moje zainteresowania w tym względzie. Długo się nie wahałam, dlatego wybrałam jako formę użytkową wywiad. Jest on całkowicie fikcyjny i zmyślony, aczkolwiek pragnę posłużyć się nim jako przykładem w ramach przedstawiania zasad tworzenia wywiadów. Kolejne „lekcje” już wkrótce… Tak, więc, zapraszam do czytania!

WYWIAD:

Spotykam się z nią w jej ulubionej kawiarence. Nie czekam zbyt długo. Wreszcie pojawia się w całej swej okazałości. Jak zwykle uśmiechnięta, radosna, z optymistycznym podejściem do życia. Oto Marta Akuszewska – symbol kobiety przebojowej i niezależnej, ale jednocześnie nader skromnej, o przyjaznym usposobieniu. Nie wstydzi się usiąść obok początkującej dziennikarki darmowej gazety dla studentów. Zgadza się opowiedzieć nieco o sobie samej, a także obalić krążące wokół mity, jakoby studia humanistyczne nie miały żadnej przyszłości w obecnych czasach.

Redakcja: Witam serdecznie, Pani Marto.
Marta Akuszewska: Witam również i dziękuję za zaproszenie. I bez słowa: „pani”, proszę, czuję się przez to staro…
R: Dobrze. Postaram się zatem inaczej. Poprosiłam cię o ten wywiad dlatego, iż w rubryce przeznaczonej dla maturzystów, znajdującej się w naszym czasopiśmie, regularnie zamieszczamy przydatne dla nich informacje, dotyczące różnych uczelni wielkopolskich oraz kierunków przez nich oferowanych. Jak do tej pory nie było w niej nic na temat polonistyki…
M.A.: … i dlatego poprosiłaś mnie, gdyż wiesz, że ją ukończyłam. Nietrudno było to zgadnąć (śmiech).
R: Nie tylko dlatego! Chciałam, by głos zabrała osoba, która osiągnęła w tej dziedzinie swoisty sukces, a za kogoś takiego właśnie uważam ciebie. Chciałabym, byś w całej swojej szczerości i entuzjazmie podzieliła się tym wszystkim, co udało ci się w życiu osiągnąć, właśnie dzięki studiowaniu na tak – wydawałoby się – niepopularnym dziś kierunku, jakim jest filologia polska.
M.A.: Chciałam jedynie zaznaczyć, iż „sukces” to pojęcie względne…
R: Dobrze, skoro jesteś aż tak skromna, to spróbuję sama wyciągnąć od ciebie interesujące mnie informacje. Pierwsze pytanie zatem: dlaczego wybrałaś się na polonistykę? Z tego, co wiem, planowałaś studia na kierunku turystyka i rekreacja na AWF-ie.
M.A.: A czego to ja w życiu nie planowałam! Nie, a tak zupełnie serio, to po wnikliwym zastanowieniu się uznałam, że przy moich zainteresowaniach, wydział ten będzie dla mnie idealny. Poza tym słyszałam, że wystarczy jedynie czytać książki, co jeszcze lubiłam, zaś nie trzeba się wcale uczyć, i to przeważyło! (śmiech).
R: I faktycznie nie trzeba było?
M.A.: Nie, nie było. Jak na każdych studiach, było mnóstwo własnej pracy. Godzin spędzonych w bibliotece oraz czytelni nie jestem w stanie nawet zliczyć. Ale warto to przeżyć, jeśli chociaż trochę kocha się literaturę, język polski i inne związane z tym sprawy…
R: A ty kochałaś to od początku?
M.A.: Jako dziecko dużo czytałam, dzięki czemu szybko opanowałam wszelkie „haczyki” ortografii i interpunkcji. Niektóre opowieści tak mnie wciągały, że wyobrażałam sobie, że uczestniczę w tamtych wydarzeniach. Dzięki temu moja główka zaczęła pracować na większych obrotach, inaczej. To popchnęło mnie w dalszej kolejności ku temu, żeby samej pisać. Pierwsze moje „książki” były niezwykle prymitywne, dziś są tylko obiektem mych własnych kpinek i żartów, ale wówczas stanowiły dla mnie nie lada wyzwanie. Śmiało mogę powiedzieć, że pisarstwo stało się wówczas moją pierwszą życiową pasją. Jest ich jeszcze kilka, ale to po dziś dzień jest takie… prawdziwe. Mogłabym zrezygnować z wielu spraw, ale nie z pisania!
R: I co dalej się z tobą działo?
M.A.: Działałam w ukryciu. To znaczy – od czasu do czasu pokazywałam komuś swoje „dzieła”. Ludzie wokoło zaczęli się po kolei dowiadywać, że „Marta to przyszła pisarka”. Zdobywałam różne nagrody w szkolnych i lokalnych konkursach, ale nie było to nic większego. Później zabrałam się także za poezję, uzyskałam w tym względzie też parę sukcesów na szczeblu ogólnopolskim, ale od początku wiedziałam, że wiersze to nie „to”.
R: A co zatem było „tą jedyną” rzeczą?
M.A.: Gdy skończyłam 17 lat, już stałam się dosyć mocno zaawansowana w pisaniu książek. Problem był jednak w tym, że rzadko kiedy mogłam dotrwać w tym do samego końca. Wena jakoś sama uciekała. Na jakiś czas porzuciłam to. Pewnego dnia umieściłam w Internecie ogłoszenie, że chętnie będę pisać teksty na czyjeś zlecenie. Zapomniałam zupełnie o tym, aż po mniej więcej pół roku odezwał się pierwszy pan, który zechciał, bym zadbała o wartość merytoryczną jego strony www. I tak zaczęło się moje pierwsze, poważniejsze zarabianie. Najpierw były to artykuły o zdrowiu i odchudzaniu. Trwało to mniej więcej sześć miesięcy, aż znalazłam kolejnych klientów. Wszystko dzięki temu, że dużo potrafiłam zdziałać sama. A więc, nie czekałam, aż los cudownie się dla mnie pomyślnie ułoży, lecz powzięłam własne sprawy w swoje ręce. Nadal umieszczałam ogłoszenia, pisałam do właścicieli różnych portali, odpowiadałam na cudze anonse. Niektórzy się odzywali, inni nie. Jedni nie chcieli mej pomocy, aczkolwiek zawsze wyrażali aprobatę dla moich dobrych chęci. Zdarzali się również tacy, którzy zgodzili się ze mną współpracować. W wieku 18 lat nadal co prawda mieszkałam z rodzicami, ale praktycznie sama siebie utrzymywałam, miałam też własny NIP. Na wakacje jeździłam za swoje pieniądze, podobnie było z wyprawką na studniówkę, ubraniami, i innymi przyziemnymi rzeczami. Jeden z portali (których charakterze rozrywkowo-edukacyjnym), dla których pracowałam, uczynił mnie redaktorem naczelnym, co dało mi praktycznie nieograniczoną władzę co do treści oraz formy. Wraz z sukcesami na tym polu ponownie zrodziła się miłość do pisania książek. Nastąpiła pełna reaktywacja. Tym razem powzięłam silny zamiar doprowadzać rozpoczęte dzieła do końca, nie śpiesząc się niepotrzebnie.
R: I jak to się stało, że wylądowałaś na polonistyce?
M.A.: Uznałam, że pisarstwo już na zawsze pozostanie częścią mego życia, choćby nie wiem, co się miało dziać. Nie potrzebowałam do tego specjalnego wykształcenia, a jedynie dobrych pomysłów. Nie można było tego samego powiedzieć jednak o dziennikarstwie, któremu również miałam zamiar się poświęcić. I wówczas uznałam, że muszę kształcić się w tej właśnie dziedzinie. Ponieważ interesowały mnie wyłącznie studia dzienne, państwowe, a w Poznaniu nie było wówczas osobnego kierunku, jak „dziennikarstwo” (został utworzony dopiero rok po tym, jak składałam swoje papiery na uczelnię), toteż musiałam wybierać pomiędzy politologią a polonistyką, które oferowały takową specjalizację. Politologia odpadała na samym wstępie, nie interesowało mnie to. I tak została polonistyka.
R: Miałaś obawy?
M.A.: Oczywiście. Nasłuchałam się, że studentami są tam niespełna normalni ludzie, zakompleksieni – tacy, którzy nie mogą się odnaleźć w społeczeństwie. Przyznam, że trochę w to uwierzyłam. Ale pomimo tego, że nie zżyłam się jakoś specjalnie ze swoją grupą, to nie uważam, by były to osoby z kompleksami, a co więcej – znalazłam na tym kierunku wiele życzliwych mi do dziś ludzi.
R: Rozumiem, że wybrałaś się na te studia tylko dlatego, że interesowała cię specjalizacja dziennikarska?
M.A.: Tak, dokładnie. Każdemu to mówiłam, kto tylko pytał, na jakim jestem kierunku, bo albo nikt mi nie wierzył, albo podśmiechiwał i początkowo uznawałam to za wstyd i osobistą porażkę. Wmawiałam sobie, że na niczym innym mi tak nie zależy, jak dostać się na wymarzoną specjalizację, i że jeśli mi się to nie uda, to zrezygnuję z dalszego uczenia się.
R: I dostałaś się?
M.A.: Na deklaracjach musieliśmy wpisać kilka specjalizacji. Wpisałam również artystycznoliteracką oraz wydawniczą (edytorską) – dlatego, żeby w razie czego nie pozostać na lodzie, chociaż w głębi duszy tego wcale nie chciałam. Los (szczęście albo pech – nie chcę tego w tej chwili tak rozstrzygać) chciał, że nie dostałam się na specjalizację dziennikarską przy pierwszym naborze. Było zbyt wielu chętnych i poszło mi ogólnie źle. Ale byłam tak uparta, iż postanowiłam, że poza wydawniczą będę „robić” drugą – tę moją „jedyną”. Nie było dla mnie przeszkodą nawet to, że za każdy semestr musiałam płacić 400 złotych, żeby móc to w taki sposób połączyć.
R: I udawało ci się to razem godzić?
M.A.: Oczywiście. Czułam się szczęśliwa, że mogłam się zrealizować w tym, co lubię. Później okazało się, że jestem jedną z najlepszych studentek na specjalizacji dziennikarskiej (i nie tylko na swoim roku). A ci, którzy dostali się wcześniej od razu – odpadali po kolei, tracili wenę, chęci i w ogóle kończyły im się kreatywne pomysły. Podejrzewam, że od samego początku nie byli przekonani do tego, co chcą robić w przyszłości. Na pewno nie przyszli tam z prawdziwej pasji i jakiegoś szczególnego życiowego powołania. A że ja to w sobie właśnie miałam, toteż wytrwałam do samego końca. I najfajniejsze jest to, że nie musiałam silić się, by szukać miejsca swych praktyk, gdyż trwały one już dobre kilka lat (śmiech).
R: No, dobrze. Ukończyłaś studia i obie specjalizacje z wyróżnieniem. I co dalej? Co mogła zdziałać w wielkim świecie świeżo upieczona polonistka?
M.A.: Już w pierwszym semestrze mojej kariery studenckiej naszedł mnie rewelacyjny pomysł. Czekałam tylko, aż otrzymam tytuł licencjata, żeby mieć już chociaż „coś” na samym wstępie. I wiedziałam, że jeśli tylko dostanę się na wymarzoną specjalizację, od której doprawdy zależało moje „być, czy nie być”, to doprowadzę do tego, że ułożę sobie przyszłość według swoich bardzo konkretnych, w pełni możliwych do zrealizowania, pomysłów.
R: Jakie to były plany?
M.A.: Zapragnęłam utworzyć własną firmę. Najpierw miała być jedno-, maksymalnie dwuosobowa. Nawet nazwę wymyśliłam – zupełnie oryginalną! Chciałam, by pełna jej charakterystyka brzmiała: „agencja do spraw promowania kultury medialnej”. Zawczasu zapisałam się na różne kursy, zrobiłam certyfikaty językowe, komputerowe i inne szkolenia. Uznałam, że jeśli me dotychczasowe doświadczenie pójdzie w parze z gruntownym wykształceniem, a więc zapleczem teoretycznym, to wówczas „sukces” niemalże murowany. I faktycznie, z tytułem licencjata mogłam założyć szczątkową działalność gospodarczą, która tak naprawdę dopiero rozwinęła się, gdy obroniłam pracę magisterską i mogłam już całkowicie poświęcić się swej pracy. Wtedy też pozwoliłam sobie na zatrudnienie innych pracowników, wynajęcie biura z prawdziwego zdarzenia, zakup profesjonalnego sprzętu, zainwestowanie w dalsze kształcenie kadry… Byłam prawdziwą szefową! Ale nie gnębiłam swoich poddanych, mieli ze mną naprawdę dobrze. W sumie nie wiem, czemu mówię w czasie przeszłym – przecież tak jest nadal! (śmiech).
R: Jaka to była firma?
M.A.: Robiłam wszystko to, co wcześniej, a więc pisałam artykuły, felietony, reportaże (czasem w językach obcych), w całości prowadziłam serwisy internetowe, moje teksty trafiały również do gazet, nie tylko do Internetu. Później też zatrudniłam informatyka, dzięki czemu moją agencję można było nazwać „instytucją promującą kulturę medialną” – i to w każdym calu. Każdy, kto chciał stworzyć serwis internetowy, a nie miał na to czasu, a potem nie potrafił jej prowadzić – zgłaszał się do nas. Wszystko było tworzone od podstaw. Na życzenie klienta, strona wciąż pozostawała pod naszą opieką, aby ciągle była systematycznie aktualizowana.
R: I dużo było klientów?
M.A.: Byłam w dobrej sytuacji o tyle, że wraz z rozpoczęciem działalności mojej firmy nie zostałam na lodzie, bo nie zaczynałam od zera. Tylko oczywiście tonęłam w papierach, co mnie przeraziło na samym wstępie. Miałam w tej „branży” już pewne doświadczenie, klientów również (tych, co do tej pory). Później oczywiście regularnie zaczęło ich przybywać, aż musiałam zatrudnić kolejnych redaktorów. Dziś stanowimy całkowicie zgrany, niezwykle solidny zespół. Za każdego pracownika ręczę własną głową (śmiech).
R: A potem nastąpił „bum” na twoje książki…
M.A.: Jak już mówiłam, pierwszą książkę w całości napisałam w wieku 17 lat. Wtedy jeszcze nikt nie chciał jej wydać. Ale nie poddałam się. Poprawiałam ją wiele razy, później napisałam kolejne. Aż los się do mnie uśmiechnął. Wygrałam w konkursie jednego z wydawnictw na powieść dla młodzieży. Moja książka została wydana, dlatego zdecydowałam się napisać jej kontynuację. Tak tworzyłam następne dzieła. Ale dopiero moja ostatnia powieść dała mi prawdziwy rozgłos w kraju, dzięki czemu automatycznie nastąpił także „bum” na poprzednie książki, które wcześniej nie sprzedawały się zbyt rewelacyjnie. I tak osiągnęłam, jak to nazwałaś, „sukces”…
R: Jak na osobę, która nie ma żadnych korzeni pisarskich, ani znajomości, ani wielkiego kapitału na samym wstępie – to naprawdę dużo…
M.A.: Też tak myślę, tym bardziej, że naprawdę, z ręką na sercu mogę powiedzieć, że do wszystkiego doszłam w życiu sama, może jedynie z drobną pomocą co poniektórych osób. Poza tym nigdy nie czułam od nikogo większego wsparcia co do tego, czym się zajmowałam. Powiem więcej – ludzie wiedzieli o tym, co robię, ale nigdy się tym specjalnie nie interesowali. Nawet na moje studia polonistyczne patrzyli z jakimś dziwnym politowaniem. Coś w rodzaju: „ty się tam zmarnujesz, dziewczyno!”. Tymczasem, udało mi się osiągnąć o wiele więcej, niż oni wszyscy razem wzięci. I przyznaję, że to przemiłe uczucie.
R: A jakie najbliższe plany ma pani pisarka, dziennikarka… a może jeszcze ktoś, o czym mi nie wiadomo?
M.A.: Przede wszystkim… zwyczajna dziewczyna. Mam zamiar udać się w długą podróż po Afryce. Będą to dla mnie z jednej strony wymarzone wakacje, ale jednocześnie nie zapomnę o swojej misji życiowej – napiszę serię reportaży i postaram się je opublikować w jakiejś gazecie tudzież wydać w postaci kolejnej książki. Pieniądze ze sprzedaży przeznaczę na szczepionki dla dzieci z czarnego kontynentu, o których między innymi będę przecież pisać. Nie chcę okazać się samolubem, więc wykorzystując ich prywatne nieszczęście, postaram się jednocześnie zamienić je chociaż troszeczkę w jakiś jasny promyczek słońca w ich życiu. A nóż uda mi się uratować kogoś dzięki temu, że napiszę o nim serię artykułów i wspomnień? Bardzo bym tego chciała. Chyba o niczym innym tak nie marzę, jak właśnie pomagać tym, którzy naprawdę tej pomocy potrzebują. I nie są to puste słowa, które są domeną równie pustych ludzi, lubiących zwracać na siebie uwagę, jakoby to byli tacy dobrzy. Nie robię nic na pokaz. O tym, co zrobię z pieniędzmi ze sprzedaży mych tekstów, powiedziałam tylko wam – darmowej gazecie dla studentów z Wielkopolski. I nikomu ani słowa! (śmiech).
R: Dooobrze, zatem bardzo dziękuję tobie za przemiłą rozmowę. No i oczywiście życzę dalszych sukcesów i udanej podróży.
M.A.: I żebym wróciła z Afryki w stanie nienaruszonym, bez żadnej malarii, ani nic z tych rzeczy…
R: Tak jest! Jeszcze raz bardzo dziękuję za udzielenie obszernego wywiadu.
M.A.: Nie ma za co, dla mnie to była przyjemność. Mam nadzieję, że nakłoniłam tym samym co poniektórych niepewnych, że polonistyka, wbrew pozorom, również może im otworzyć wiele furtek w życiu.

Rozmawiała:
Aśka – UAM Poznań

OPRACOWANIE: Marta Akuszewska

hastagi na stronie:

#zasady pisania wywiadu#zasady wywiadu#wywiad zasady#marta akuszewska#plan pisania wywiadu#schemat pisania wywiadu

Authors
Top